Pain of Salvation – droga do upadku?
Ostatnie dziecko tego zespołu już pewnie jest wszystkim zainteresowanym znane. Nie będzie więc kolejnej recenzji, których w internecie pełno. Chciałem się za to przyjrzeć całej karierze POSu. Właściwie nie można powiedzieć, że coś jest w ich stylu – na każdym krążku jest coś innego. Jednak jak poprzednie albumy jakoś trzymały się kupy, najnowsze wydania jakoś strasznie odstają. Osobiście czuję jakąś tęsknotę do “starego posu”. Entropia – pierwszy LP Pain of Salvation. Dla słuchaczy (bo sam Daniel G. w ostatnim wywiadzie mówi co innego) tutaj wszystko się zaczyna. Są kawałki zarówno ‘z k0pyta’ jak i spokojniejsze – ale nie nudzące. To właśnie na tym albumie znajdziemy takie “hity” jak Nightmist czy Winning a war, których nie sposób pominąć przy wymienianiu ich arcydzieł. Następny album One Hour By a Concrete Lake jest moim zdaniem najmocniejszym i najbardziej progresywnym dziełem. Może nie porywa tak jak poprzednik, ale ciągle ma to coś co sprawia, że chce się więcej i więcej. Podobnie jest z dwoma następnymi wydaniami. Zarówno Remedy Lane jak i The perfect element p.1 prezentują nalepszy poziom i świetną formę muzyków. Genialne i pomysły i wykonanie. Niektórzy twierdzą, że to właśnie jest esencją Pain of Salvation.
I tu zaczynają się schody. BE. Album z udziałem orkiestry już w zupełnie innym stylu. Płyta, którą osobiście słuchać mogę w kółko. Skoczne motywy (jak te z Imago) poprzeplatane z głębokimi utworami jak Lilium Cruentus czy Iter Impius, a wszystko łączące się w jedną całość. Ale… album, który jak sądziłem miałbyć odskocznią od ich standardowego grania, jakby naprowadził zespół na zupełnie nowe tory. Bo znowu – kolejny album, kolejny styl. Scarsick był dość nowoczesny i chociaż nie można powiedzieć, że jest to złe wydanie, sam musiałem się z nim trochę obyć. Nie od razu do mnie trafił w przeciwieństwie do poprzedników. Nie będę się tu rozwodził o takich “perełkach” jak America czy Disco queen bo ile głow tyle opini.
Tym sposobem dochodzimy do ostatniego EP – Linoleum. Moim zdaniem większość płyty kompletnie niesłuchalna. Na uwagę zasługuje conajwyżej utwór tytułowy, Mortar Grind i cover Yellow Raven – chociaż ten ostatni to też odrobinę przerost formy nad treścią. Jeśli EP miało przygotować słuchaczy do Road Salt One, to chyba się udało. Ja już wtedy obawiałem się o kolejną płytę. I mimo, że parę kawałków (np Sisters, Tell me where it hurts) naprawdę mi się podoba – album jako całość niezbyt do mnie przemawia. Gildenlow przedstawiał album jako nu-metal lat 70 (w dużym skrócie), a wyszło chyba gorzej niż przytoczony opis. Jeden wielki gar – wszystkiego po trochu i jakoś się to nie trzyma kupy. Poza tym… Melodifestivalen… poważnie?

Ale może jeszcze Daniel nas zaskoczy i Road Salt Two będzie powrotem na stare tory? Wątpie. Raz, że to niejako kontynuacja, a dwa, że Gildenlow strasznie zachwyca się pierwszą częścia. Pozostaje mieć nadzieje.